WYZNANIA NAŁOGOWEJ CZYTELNICZKI

Jestem, z Bożej niełaski, introwertykiem. Nie piszę tego, żeby się nad sobą użalać, skądże znowu, stwierdzam po prostu niezmiennie irytujący fakt. Co gorsza, jestem introwertykiem stereotypowym. Takim, który od piątkowej imprezy woli wieczór spędzony w towarzystwie Netflixa, w życiu nie odezwie się do nieznajomego z własnej, nieprzymuszonej woli, boi się zamówić pizzę przez telefon i czyta. Czyta dużo. Powiedziałabym, że w ilościach hurtowych, jeśli nie większych. Czytanie to jednak nie jest tak prosta czynność, jak mogłoby się zdawać. Bardzo lubi rzucać się na inne aspekty życia. Niedawno usłyszałam, że nie powinnam czytać książek, bo to może skutkować wyrobieniem sobie własnego zdania, a w dzisiejszych czasach lepiej jest myśleć tak jak reszta. I muszę przyznać, że ta osoba w dużej mierze miała rację, bo obecnie nie zgadzam się z większością istnień ludzkich, ale często boję się do tego przyznać. Jest jednak ważna rzecz, Drogi Czytelniku, którą muszę ci na ten temat powiedzieć… w pełni mi to odpowiada. Czasem prowadzi to nawet do całkiem zabawnych sytuacji.

Jednym z problemów, jakich przysparzają mi książki, jest na przykład moje słownictwo. Nie mówię tu jednak oczywiście o tym zbawiennym wpływie, jaki czytelnictwo ma na gramatykę i ortografię. Mówię tu o idiomach i naleciałościach językowych. Nigdy nie zapomnę na przykład wyrazu twarzy moich rodziców, gdy świeżo po przeczytaniu „Krzyżaków”, pytając o gości, którzy mieli za chwilę przyjechać do naszego domu, rzuciłam: „O której zejdzie się gawiedź?”. Kilka razy stwierdzałam wtedy również, że mam coś na „podorędziu”.

Dodatkowo jako z krwi, kości, atramentu i zacięć po kartkach papieru czytelnik, posiadam tak zwane skrzywienie poetyckie. Więc niech nikt nawet nie próbuje w moim towarzystwie stwierdzić, że Edgar Allan Poe nie zachwyca, bo zachwyca. A przez to skrzywienie wprost boli mnie, że, i tu nie żartuję, do tej pory istnieją zasoby ludzkie, które uważają, że Mickiewicz miał na imię Juliusz. W przypadku takich osób jedyne co mam ochotę zrobić, to sprawdzić, czy ich mózg nie zamienił się przypadkiem miejscem z jakimś znacznie mniej inteligentnym narządem. Musimy być szczerzy, cierpliwość to nie Schengen, ma swoje granice.

Cechuje mnie również maniakalne zaznaczanie cytatów, którymi potem rzucam na prawo i lewo, wprawiając moich rozmówców w konsternację. Polega ono mniej więcej na tym, że pod koniec czytania danej powieści jest ona kolorowa jak koszmar daltonisty, strasząc wystającymi zewsząd (a nawet tu i ówdzie) karteczkami samoprzylepnymi. Jeśli chodzi natomiast o cytaty w samej ich naturze, to tu mam już większe pole do popisu.

Niedawno naszła mnie pewna myśl. Czy gdybym nigdy nie zaczęła czytać książek, to czy byłabym teraz tym, kim jestem? Albo czy gdyby ludzie, którzy według badań należą do grupy 63% Polaków, którzy nie czytają książek, zaczęli sięgać po sztukę pisaną, stali się kimś zupełnie innym, niż są obecnie? Na te pytania najpewniej nigdy nie uzyskamy odpowiedzi.

Dziękuję więc szkole za to, że za wszelką cenę próbuje wpoić mi datę bitwy pod Grunwaldem, bądź nauczyć mnie, jak rysuje się kwadrat. Ja chyba wolę jednak pozostać nerdem, niż stać się kujonem. Tak jest przynajmniej znacznie zabawniej.

sterta ksiązek wyznania
free
WYZNANIA NAŁOGOWEJ CZYTELNICZKI:  Krecik.

Gimnazjum nr 1 im. Polskich Olimpijczykó w Oławie