SZEWSKA PASJA. Wywiad z niezwykłą kobietą…

0

SZEWSKA PASJA

 

Pani Agnieszka Skoneczna to kobieta inna niż wszystkie – od około 30 lat zajmuje się… szewstwem – to jej pasja. But rozszarpany przez psa? Żaden problem. Koło żeglarskie? Podobnie. Bo tak naprawdę nic nie jest problemem, kiedy sprawy w swoje ręce bierze prawdziwy fachowiec.

Z niezwykłą kobietą o jej miejscu w świecie zdominowanym przez mężczyzn rozmawia

Filip Żydowski.

Nie ukrywam, że widok kobiety w zakładzie szewskim w pierwszym momencie nieco mnie zszokował. Czy czuje się tu Pani na swoim miejscu?

-Powiem więcej – bardzo na swoim miejscu. Uwielbiam wyzwania. Zwłaszcza te, które przerastają mężczyzn! Jako kobieta jestem bardzo sprawna manualnie i cierpliwa – to moje główne atuty. Zdarzają się takie historie, kiedy mężczyźni z góry zakładają, że nie ma sensu czegoś naprawiać i w związku z tym w ogóle nie mają zamiaru z takim skazanym na porażkę zleceniem się bawić. Może to być jakiś drobny element do doszycia lub buty, które pogryzł pies. Odgryzł kawałek pięty, coś tam urwał – po prostu zepsuł. Panowie mówią wówczas, że takie buty należy wyrzucić. Ja jestem w stanie je zrekonstruować, a nawet zachować ich duszę.

Czy te zdolności obserwowała Pani u siebie już od dziecka? Czy wiąże je Pani je ze swoją płcią?

-Jeśli chodzi o płeć, to w 100% znanych mi przypadków sprawniejsze palce należały do kobiety. Jednak te zdolności związane z pracami manualnymi rozwinęły się u mnie dopiero w dorosłym życiu, kiedy moje dzieci zaczęły chodzić do szkoły. Najczęściej marzyły o takich strojach karnawałowych, których nie było w wypożyczalni, a w przedstawieniach otrzymywały role wymagające bardzo oryginalnego i skomplikowanego przebrania. Jako mama ambitnie próbowałam sprostać ich wymaganiom. Czasami w ostatnim momencie musiałam zrobić coś efektownego dosłownie z niczego. Tak objawił się mój talent, który teraz przynosi nam dochody.

Które z tych wyzwań szczególnie zapadły Pani w pamięć?

-Przede wszystkim bożonarodzeniowe szopki. Był również taki konkurs, w którym trzeba było przedstawić ciekawy rysunek dowolnego owoca. Dwie spośród moich trzech koncepcji spodobały się jury i wygrały. Przy dzieciach można się naprawdę rozwinąć.

Czyli człowiek uczy się przez całe życie?

-Tak, to prawda. Zwłaszcza w pracy ciągle uczę. Bywają takie rzeczy, które robię tylko raz w życiu.

Na przykład?

-Na przykład naprawa żagla do windsurfingu lub uszycie koła żeglarskiego. I w jednym, i w drugim przypadku zastrzegałam się, że tego nie zrobię. Zrobiłam. Przy kole było mi o tyle łatwiej, że otrzymałam na wzór stare. Trudnymi przedmiotami do naprawy są końskie siodła. Tak naprawdę jest to praca dla rymarza, którzy są u nas wymarłym gatunkiem. Powstają stadniny, ale nie ma rzemieślników. Dlatego ludzie przychodzą do mnie, wiedzą, że im pomogę. Dzięki temu mogę podziwiać różne cenne zabytki, np. oryginalne siodła z Dzikiego Zachodu, które mają ponad sto lat. Najlepsze z tego wszystkiego jest to, że są to przedmioty, z których dalej można korzystać.

Jak zaczęła się ta Pani przygoda z szewstwem?

-Dosyć prozaicznie. Nie dostałam się do żadnej szkoły średniej, więc musiałam wybrać jeden z dwóch dostępnych wówczas w mojej miejscowości profili w szkole zawodowej – zawód rzeźnika albo szewca. Wybór był dość oczywisty. Dopiero później skończyłam szkołę średnią i zdałam maturę. Nie potrzebowałam jej, to był bardziej rodzaj polisy na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Skończyłam także kurs projektowania obuwia, na którym moje wyobrażenie o zawodzie bardzo się zmieniło. Zanim otworzyłam zakład szewski wraz z mężem, już byłam przekonana, że to jest to, co chcę robić. Doświadczenie zdobywałam pracując u innych – w różnych miejscowościach na Dolnym Śląsku. Przez pewien czas pracowałam w słynnym oławskim zakładzie, który mieścił się w tzw. żyletkowcu. Szyliśmy wówczas buty na eksport do Związku Radzieckiego. Wykorzystywałam wówczas swoje doświadczenie projektanckie. To było bardzo rozwijające.

O szewstwie opowiada Pani z prawdziwą pasją. Dlaczego więc ten zawód wyraźnie zanika?

-Ciężko odbudować rzemiosło bez ucznia, który posiądzie wiedzę. W Polsce mamy chyba tylko dwie szkoły kształcące w tym zawodzie – w Łodzi i Radomiu. Nie słyszałam, aby ktoś z młodych oławian chciał tak daleko zdobywać wykształcenie.

Jest więc Pani niezastąpiona. Myślę, że to stawia przed Panią różne niełatwe wyzwania. Które z butów są dla Pani takim wyzwaniem?

-Wszelkie buty sportowe, zwłaszcza te najdroższe. Takie buty mają przewidziany wiek użytkowania – posiadają specyficzne materiały, które po kilku latach po prostu się rozpadają.

Czy powiedzenie: „Pokaż mi swoje buty, a powiem ci, kim jesteś” ma sens?

-O tak. Dzięki tej pracy obserwuję np., jak nierówne połowy ciała posiadamy. Często dowiaduję się tego przy zwężaniu lub poszerzaniu cholewek. Są ludzie, którzy tych dysproporcji nie przyjmują do wiadomości i mówią: „Jak to? Przecież jestem idealna”.

Istnieją także ludzie schludni, którzy dbają o stopy i ludzie, którzy z natury są niechlujni. Buty to wszystko zdradzają, lecz ja bardzo rzadko ludzi oceniam. Uznaję prawo do różnorodności. Zwykle mówię sobie tak: „Są biedni, biedniejsi i równi, równiejsi”.

A jakie najpiękniejsze buty Pani naprawiała lub widziała?

-Na pewno były to autentyczne buty kowbojskie. Pięknie wyszywane, wysokie, ręcznie robione, bardzo starannie wykończone. Kolejne to oficerki – niezwykłej urody buty do jazdy konnej. Bardzo drogie, już samo opakowanie jest ekskluzywne… Te najciekawsze modele zwykle przywożą klienci z Ameryki. Ponieważ przez lata funkcjonowania zakładu wyrobiłam sobie markę, mam stałych klientów, którzy zza oceanu przywożą mi do renowacji prawdziwe dzieła sztuki. Poza tym usługa rzemieślnicza opłacana złotówkami rekompensuje im koszty transportu.

Nie uwierzę, że do Pani zakładu trafiają tylko łatwi klienci. Czy miała Pani jakąś trudną przeprawę z klientem lub jego obuwiem?

-Trudną może nie ale czasochłonną. Przyszła kiedyś klientka, która wysypała na ladę całą stertę butów. Włożyła je do pralki i… zepsuła. Były to różne modele – na obcasie, sandałki, buty ozdobione cekinami. Masakra. Klientka liczyła na naprawę. Otrzymała, co chciała, choć odbudowanie jej obuwia trochę trwało. Mam nadzieję, że już nigdy nie włoży butów do pralki. To przecież tak, jakby do pralki włożyć kota i go wyprać…

Jakie rzeczy najczęściej słyszy Pani w swojej pracy?

-Zadowolenie klientów. Ostatnio zawitała u mnie nowa klientka, która oddała buty do naprawy, choć nie wierzyła, że da się z nimi jeszcze coś zrobić. No cóż, myliła się. Kiedy przyszła, aby je odebrać, stwierdziła, że te buty na pewno nie są jej, ponieważ wyglądają za dobrze. W końcu je zabrała. Z kolei od nowych klientów zwykle słyszę, że oni chcą się widzieć z szewcem, nie ze mną. Gdy odpowiadam, że właśnie go widzą, nie wierzą. Zazwyczaj powtarzają: „Ja nie do Pani, ja do szewca”. Gdy dojrzą gdzieś z tyłu mojego męża, po prostu mnie omijają. Podobnie jak ty nikt się nie spodziewa, że w szewskim zakładzie króluje tzw. słaba płeć. Ale ja traktuję wszystkich jak królów. Jeżeli ktoś przyszedł do mnie, to znaczy, że spodziewa się wykonanej roboty i właśnie to otrzymuje.

Zostało mi jeszcze jedno ważne pytanie. Czy klnie Pani jak… szewc?

-Absolutnie! Choć na obronę wszystkich szewców warto wiedzieć, że to powiedzenie wzięło się od robienia sobie krzywdy przy pracy. Ale znam lepsze: szewski poniedziałek. Nie wiem, czy wiesz, skąd taki poniedziałek? Otóż kiedyś szewc robił buty tylko i wyłącznie na zamówienie, i często pracę kończył w sobotę, późnym wieczorem. Po pracy folgował sobie z trunkami, a jak popił w sobotę, to dlaczego nie miał kontynuować w niedzielę? Ponieważ w poniedziałek miał prozaicznego kaca, nie chciało mu się pracować. Mnie również – choć z innych powodów – zdarzył się taki poniedziałek. Więc szewski poniedziałek tak, ale przekleństwa – nie!

Cóż, buty to fascynująca rzecz. Jeden z najważniejszych (jak nie najważniejszy) elementów naszej garderoby. Bywają tacy, którzy świat zwiedzają bez obuwia, ale to nie to samo. Spędziłem z panią Agnieszką prawie godzinę. Szkoda, że buty (i mąż) przerwały naszą rozmowę. Skoro jednak już raz przetarłem szlak do kameralnego zakładu przy dworcu PKS, jako wielbiciel dobrego obuwia na pewno znowu tam zawitam.

Filip Żydowski
Artykuł powstał w ramach współpracy z Gimnazjum nr 1 im. Polskich Olimpijczyków w Oławie