KSIĄDZ TEŻ CZŁOWIEK

Bywa – że człowiek ciekawy. Kiedy szłam na umówiony wywiad, byłam zmęczona i przekonana, że będzie taki sam jak inne. Nudny i męczący. W dodatku byłam pewna, że jak wszyscy w mieście dobrze znam tutejszego proboszcza. Nie przypuszczałam, że jeden wieczór zrewiduje moje poglądy. Na rozmowę z księdzem Januszem Gorczycą – dziekanem i proboszczem parafii śś. ap. Piotra i Pawła w Oławie zaprasza Martyna Maciejko

Na początku pytanie z serii tych przewidywalnych – dlaczego Ksiądz został księdzem?

Sam po dziś dzień jestem zdziwiony. Po prostu szukałem swojego miejsca w świecie. Próbowałem dostać się na AWF, ponieważ moją największą pasją był sport, ale nie udało mi się przejść testów sprawnościowych. Potem podjąłem pracę fizyczną – pracowałem w Jelczańskich Zakładach Samochodowych. Jakiś czas później pojawiły się nowe pasje. M.in. to, że chciałem zostać archeologiem. Zdawałem nawet (bezskutecznie) na Uniwersytet Wrocławski. A później nadszedł stan wojenny, który spędziłem w wojsku, nieustannie zadając sobie pytanie: Co mam robić?. Następnie, drogą eliminacji, czego nie chciałbym robić. Tym sposobem wyeliminowałem wszystko poza kapłaństwem. Dlatego złożyłem w Seminarium papiery, aby zacząć realizować swoje powołanie, przy czym towarzyszyła mi – chyba jak każdemu w takiej sytuacji – walka duchowa i wątpliwości. Ale w momencie, kiedy już się dostałem do Seminarium, wszystkie wątpliwości i pytania rozwiały się. Dlatego dzisiaj rozmawiam z Tobą w stroju mojej korporacji, sutannie.

Z tego co wiem, na początku swojej kariery był Ksiądz redaktorem naczelnym Gościa Niedzielnego…

-Owszem, dałem się wciągnąć w pracę redaktorską. Chociaż muszę uściślić, że byłem redaktorem naczelnym wrocławskiej edycji Gościa Niedzielnego, ponieważ każda edycja miała inne zadania i tematy, a także lokum. Na początku założyliśmy miesięcznik w parafii, w której pracowałem, a po powstaniu Gościa Niedzielnego ksiądz kardynał zaproponował mi przejście do wrocławskiej kurii i tak właśnie zaczęła się moja dziennikarska przygoda.

Jak tam było?

-Na pewno ciekawie. Poznałem tam wielu ludzi, przyjrzałem się wielu wspólnotom i po dziś dzień korzystam ze zdobytego doświadczenia. Jako ciekawostkę mogę dodać, że na początku nie mieliśmy lokalu, a gazetę trzeba było wydawać. Redakcja mieściła się w moim mieszkaniu. Wszyscy pracownicy przychodzili do mojego mieszkania na Ostrowie Tumskim już rano i pracowali. Była to dla mnie „sztuka wczesnego wstawania”, ponieważ musiałem jeszcze przed nimi przygotować się do pracy.

Jakie jeszcze są Księdza doświadczenia z tego okresu?

Tym, co mi zapadło w pamięć, jest powódź z 1997 roku, kiedy dzielnica, w której mieścił się budynek redakcji, została zalana do mniej więcej metra wysokości, więc energia elektryczna została nam odcięta, a to utrudniało pracę. Jak redakcja ma działać bez dostępu do prądu? Żeby wznowić pracę, ewakuowaliśmy się na Ostrów Tumski łódkami wypełnionymi sprzętem komputerowym. Dzięki temu powódź nie uniemożliwiła nam wykonywania obowiązków. Można powiedzieć, że byliśmy redakcją krążącą.

Jakie pasje ma obecny proboszcz i dziekan?

Moją pasją przede wszystkim pozostał sport – nadal najbardziej lubię biegać. Kiedy byłem młodszy, regularnie pływałem. Dzisiaj zamieniłem basen na kort i narciarski stok. Poza tym ogromną radość sprawia mi fotografowanie. Jeżeli mam okazję, to wychodzę w teren, a wtedy świat może dla mnie nie istnieć. Jest to dla mnie rodzaj ucieczki od problemów. Gdy mogę próbować każdy kąt, każde ustawienie, kiedy mogę obracać aparat – zapominam o codziennych trudnościach. Moją pasją pozostało również dziennikarstwo, chociaż dzisiaj nie poświęcam mu się już w takim wymiarze jak wcześniej. Z wielką radością nadal uczestniczę w spotkaniach redakcyjnych i z przyjemnością przysłuchuję się redaktorom, z podziwem patrząc na ich pracę.

A skąd pomysł, aby z dziennikarza przedzierzgnąć się w organizatora koncertów?

-Pracując z Gościem Niedzielnym, sami relacjonowaliśmy przeróżne koncerty i spotkania, a ja widziałem, ile radości dają one zwykłym ludziom. Później obchodziliśmy dziesięciolecie naszej redakcji i pomyślałem: Dlaczego nie zorganizować koncertu, aby uświetnić to wydarzenie? Udało mi się zaprosić zespół „Lumen” z pop-oratorium „Miłosierdzie Boże”. To był pierwszy koncert, jaki udało mi później powtórzyć w Oławie, kiedy już zostałem proboszczem. Nie ukrywam, że sam z radością ich słucham, bo one mnie po prostu inspirują. A radość na twarzy widowni? Bezcenne.

Dlaczego organizacja koncertów to taki wysiłek?

Jest to praca trudna i złożona, ponieważ przede wszystkim ktoś musi z tym artystą wejść w kontakt. Samo to jest już sporym utrudnieniem, ponieważ wiele osób szuka z nimi kontaktu. Oprócz tego trzeba ustalić termin, sprawy finansowe, gdzie oczywiście trzeba twardo negocjować, a także porozmawiać o ich wymaganiach, na co składają się m.in. garderoby i wyposażenie, ale też cała logistyka z tym związana, czyli np. wyżywienie, czy też termin i miejsce odbycia próby. Jest to ogromna liczba rozmów z przeróżnymi firmami, które oferują takie usługi. Do tego dochodzi też oczywiście sprawa bezpieczeństwa. Te wszystkie sprawy koniec końców składają się na wydarzenie, które nazywa się KONCERT.

A jakie ciekawe postacie współczesnego świata miał Ksiądz okazję gościć?

Jako organizator koncertów gościłem wiele osób. W Oławie miałem okazję gościć Piotra Rubika, Zbigniewa Wodeckiego, Grzegorza Turnaua, a także Golec uOrkiestrę. We Wrocławiu natomiast siłą rzeczy spotykałem się z wieloma osobami pracującymi przy kurii czy przy katedrze. Z byłym już prymasem, Józefem Glempem, spotkałem się przy spotkaniu episkopatu, gdzie mogłem być obok i przysłuchiwać się obradom. Miałem też niecodzienną przyjemność spotkania z papieżem Janem Pawłem II w nietypowych okolicznościach. Ponieważ, jak już wspomniałem, mieszkałem przy placu Katedralnym, a była to trasa przejazdu papieża, kiedy w 1997 roku odwiedzał Wrocław z okazji Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego, razem z kolegą schowaliśmy się w bramie, a kiedy zobaczyliśmy papieża, wyskoczyliśmy i zaczęliśmy do niego machać. Udało mi się nawet zrobić zdjęcie z oknami mojego mieszkania w tle.

Jacy prywatnie są ci goście?

Prywatnie nasi goście są wspaniali. Są naprawdę przyjaźni i mili, a ja do tej pory nie spotkałem nikogo, kto byłby nadętym bufonem. Może dlatego, że zostali ciepło przyjęci, a może dlatego, że odnieśli wrażenie, że ich praca została doceniona. Prywatnie są bardzo otwarci, co naprawdę cenimy.

Czy może Ksiądz zdradzić kilka ciekawostek z tych spotkań?

Pierwszą ciekawostką jest moje spotkanie z Piotrem Rubikiem, ponieważ bardzo trudno mi się z nim rozmawiało i dogadywało, a na początku w ogóle nie było możliwości, aby nawiązać z nim kontakt. Próbowaliśmy wszystkimi drogami, a do koncertu, który już został ogłoszony, miało w ogóle nie dojść. Ale kiedy stanął na scenie, odniosłem wrażenie, że całe napięcie między nami minęło. On się nie spieszył, a jego koncert był naprawdę piękny. Co ciekawe, po jego wykonaniu rozmawiało nam się o wiele lepiej, a atmosfera nie była już tak napięta. Rozstaliśmy się w przyjaźni. Niezapomniany był też koncert, w którym jako jeden z wykonawców wystąpił Zbigniew Wodecki, kojarzony z niejaką „Pszczółką Mają”. Przez lata, a także po dziś dzień, to wykonanie ciągnie się za nim jak cień. Rozmawiając ze mną przed koncertem wspomniał, że ma już dosyć uznania związanego ze słynną pszczółką. Kiedy koncert się już skończył, pewna pani z różą w dłoni przecisnęła się przez tłum i ruszyła w kierunku solistów. Próbowałem ją powstrzymać, pytając przy okazji, do kogo idzie. Zamarłem, gdy usłyszałem, że do pana Zbigniewa z podziękowaniem za… „Pszczółkę Maję”. Nie udało mi się jej zatrzymać i kątem oka obserwowałem Wodeckiego, który siłą woli próbował wydobyć z siebie uśmiech.

Podobno przed Oławą animował Ksiądz parafię w Londynie…

-Rzeczywiście, kiedy w 2006 r. skończyłem pracę dziennikarską, miałem okazję wyjechać za granicę, do Anglii. Ponieważ chciałem znaleźć się w Londynie, rektor polskiej misji katolickiej powiedział, że jeśli chcę tam być, mam tam założyć parafię. Propozycję dostałem po dwóch miesiącach nauki języka angielskiego. Było to dosyć ciekawe doświadczenie. Faktycznie udało mi się założyć parafię, która przez dwa lata rozbudowywała się… personalnie. Nie było tam kościoła ani plebanii. Jest to całkiem inne duszpasterstwo niż tutejsze, ale naprawdę interesujące. Obowiązują tam inne zasady, inna kultura, a prawdziwym wyzwaniem jest społeczeństwo wielokulturowe. Na pierwszej mszy udało mi się zebrać aż osiemdziesiąt osób. Nie było tam możliwości organizowania koncertów, ale była możliwość organizacji bankietów i bali dla dzieci oraz parafialnych zabaw sylwestrowych. Ciekawe doświadczenie.

Jak funkcjonuje londyńska parafia?

-Przede wszystkim ze względów kulturowych trzeba zabiegać o każdego człowieka i wchodzić z nim w osobiste relacje i rozmowy. Na początku rozmawiałem z niemal każdym i w ten sposób budowaliśmy powoli wspólnotę, a także podejmowaliśmy się wielu zadań – m.in. prowadziliśmy księgarnię. Jeśli chodzi o inność tego duszpasterstwa, to trzeba powiedzieć o relacjach z Anglikami. Kościół angielski gromadzi ludzi z całego świata – z Afryki, z Azji, którzy są katolikami i kochają Jezusa i Matkę Boską, lecz myślą inaczej niż my. Z drugiej strony jest to ogromne doświadczenie bliskości z ludźmi, ponieważ można zobaczyć, że „Ojcze nasz” w każdym języku brzmi podobnie, co pozwala doświadczyć wspólnotowości.

Oj, chyba kręci się Księdzu łezka w oku, gdy wspomina Ksiądz ten czas.

Tak. Tym bardziej, że budowałem tę parafię od przysłowiowego zera. Do dzisiaj zajeżdżam tam od czasu do czasu i muszę przyznać, że jest to moja tzw. pierwsza miłość.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Niby wiem, że ksiądz to też człowiek, ale jestem zaskoczona wielością wątków w Księdza życiu. Można by nimi obdarzyć kilka osób.

-Cóż, aktywni tak mają. Ja natomiast jestem pozytywnie zaskoczony szerokością horyzontów myślowych tak młodej osoby. W pojedynku na zaskoczenia jesteśmy więc chyba kwita…

Martyna Maciejko

Artykuł powstał w ramach współpracy z Gimnazjum nr 1 im. Polskich Olimpijczyków w Oławie

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułCzytać czy nie czytać? Co grozi czytelnikom?
Następny artykułWywiad. JAK ARTUR ZOSTAŁ STRAŻAKIEM?
Hej, Nazywam się Julia i mam 16 lat! Jestem założycielką i administratorką tego bloga. Mam wielu przyjaciół i lubię poznawać nowych ludzi. Moimi pasjami są: fotografia, makijaż, wnętrzarstwo, dziennikarstwo, podróże, gry, motoryzacja i ten właśnie blog, który powstał po to, by dzielić się z wami moimi pomysłami i przemyśleniami. Założenie Nastogadki od dawna było moim wielkim marzeniem, ponieważ chciałam zrobić coś dzięki czemu będę mogła wyrazić siebie. Mam nadzieję, że moja praca Wam się spodoba.