Najbardziej wyczekiwany film roku, budzący wiele obaw czy sprosta legendzie, jaką stała się pierwsza część… Mowa oczywiście o Blade Runner 2049 !

Oficer policji Los Angeles, agent K (Ryan Gosling) podczas jednej ze swoich misji, polegającej na tropieniu zbiegłych, starych modeli androidów, trafia na zakopaną przed laty skrzynię skrywającą tajemnicę, która może wywrócić świat do góry nogami. Istna puszka Pandory. By rozwikłać zagadkę musi odnaleźć Ricka Deckarda (Harrison Ford), byłego łowcę androidów, który może posiadać informacje istotne dla rozwiązania tej sprawy. Problem polega na tym, że on wcale nie chce być odnaleziony…

W pierwszej części kładzie się nacisk na to, co dzieje się tu i teraz, na chwilę obecną. Wszelkie działania, jakie podejmują androidy mają jeden cel – przetrwanie. W kontynuacji poruszane są kwestie człowieczeństwa, tego jakie są jego granice, samotności, emocjonalności itd.

Liczne zwroty akcji, tropy, które potem bardzo często okazywały się fałszywe sprawiły, że zakończenie totalnie mnie zaskoczyło. Blade Runner 2049 to prawdziwy rarytas dla wielbicieli ambitnego science-fiction. Mnie osobiście urzekł pomysł znany z filmu „Ona”, który tutaj zostaje ujęty w zgrabną formę wątku pobocznego i rozegrany o niebo lepiej, niż w hicie ze Scarlett Johansson.

Pytanie bez odpowiedzi.

Jednak pytanie, jakie nasuwa się wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli Blade Runner 2049 brzmi: czy ten Deckard był replikantem czy nie był? Otóż, twórcy nowego Łowcy Androidów bardziej lub mniej zręcznie omijają ten temat szerokim łukiem i nie udzielają jednoznacznej odpowiedzi.

Realistyczne futurystyczne miasta, kolorowe neony rozświetlające mroczne uliczki i Las Vegas spowite pomarańczowym, ciężkim pyłem to tylko niektóre ze smaczków, jakie przygotowała dla nas ekipa filmowa. Każdy kadr jest małym dziełem sztuki, który z powodzeniem można wydrukować i oprawić w ramkę. Niepowtarzalne wrażenie wywiera na nas nie tylko sama lokalizacja ale sposób świecenia. Rogers Denkins wreszcie miał pole do popisu i wykorzystał to wyczerpująco. W jednej scenie użyto aż 100 lamp! Dodatkowo światła są w ruchu i tworzą iluzję, która mnie wbiła w fotel. Od strony wizualnej ten film to totalny majstersztyk.

Technicznie bez zarzutu.

Nie ma się co rozwodzić nad kadrami, ruchami kamery, nie znajdziemy w tym filmie min. długich ujęć na steadicamach ani wielkich trików operatorskich tylko w większości spokojne, stabilne ujęcia ze statywu. To kolejny film potwierdzający, że dobre filmy powstają w kamerze nie w programie komputerowym. Scenarzyści zbudowali jak największą część scenografii, co pozwoliło jeszcze lepiej wczuć się aktorom w odgrywane przez nich role. Siłą rzeczy użyli greenbox – ów ale nie na taką skalę, jak w innych filmach tego typu.

Ryan Gosling w roli cyngla przyszłości? Było dużo głosów, że to nie może się dobrze skończyć, ale aktor wyszedł z tego obronną ręką. Oszczędna ekspresja była kluczem do sukcesu. Jeśli poruszamy temat obsady, nie mogę pominąć Jareda Leto, który wykreował intrygującą postać (Niander’a Wallace), która kilka razy przyprawiła mnie o gęsią skórkę.

Trochę brakowało mi głównego motywu muzycznego pełniącego narracyjną rolę, takiego jak w pierwszej części, który pomógł by zachować ciągłość.

Blade Runner 2049 płynie własnym rytmem. Według mnie pasuje on idealnie do filozoficznej wędrówki przez życie i współgra z ruchami świateł i cieni.

Podsumowując:

Ten film to prawdziwa perełka, obowiązkowa pozycja dla każdego kinomaniaka. Fenomenalna oprawa audiowizualna, wyrazista postać głównego bohatera, dopieszczony każdy najmniejszy szczegół, muzyka oddająca klimat tamtego świata i poruszająca historia sprawiają, że na ten film warto było czekać 35 lat! Jestem ciekawa, czy stanie się równie kultowy jak jego poprzednik.

Blade Runner 2049 – zobacz inne wartościowe recenzje!

Blade Runner 2049; Nastogadka

zobacz również:

,,Igrzyska Śmierci: Kosogłos cz.2″ – ostatnia walka Katniss.